Kobietą być…

varium et mutabile semper femina.

Można zauważyć to zdanie w opisie o mnie, gdyż jestem zmienna. Ponoć każda kobieta zmienną jest. Jednak irytuje mnie to niesamowicie. Zmienność jest uciążliwa. Ci, co spotykają się z moją zmiennością, uważają, że to dla nich jest uciążliwa. Nie wiedzą, że dla mnie jeszcze bardziej.

Nie jest łatwo śmiać się, a za chwilę płakać. Cieszyć się, aby za chwilę zamartwiać się po prostu wszystkim. Uwielbiać, aby po chwili przeklinać dzień w którym poznałam tę osobę. Wybaczać, aby za chwilę burzyć wszystko nad czym tak ciężko pracowaliśmy. Umawiać się na spotkanie, by godzinę przed, dzwonić i mówić, że jednak dzisiaj nie mogę, że zadzwonię niebawem. I co? Nie dzwonię. Czasami zdarza się, że nie dzwonię miesiącami.

I niby, dla nich ta zmienność jest uciążliwa. Też mi coś.

Ostatnio (nie wiem czy to właśnie przez zmienność, ale podejrzewam, że tak) nie potrafię odpoczywać. Mam na to czas, sama go sobie wymyślam, ale czuję, że nadal jestem spięta i siedzę jak na bombie, która lada chwila wybuchnie, a ja nic nie zrobię. Będę siedzieć, bo nie mam siły jej przesunąć, wyrzucić, zniszczyć, nawet zwykłe – wyłączyć.

Odpoczywam. Tak wydaje się innym. Bo leżę. I czytam. Zaczytuję się jak cholera. W swoich cudownych książkach. Wchodzę razem z bohaterami do najczarniejszych z miejsc i walczę z potworami i przeciwnościami losu. Ale czasami mój wzrok przeskakuje z wyrazu na wyraz, strona po stronie, ale umysł pozostaje gdzie indziej. Zakładam zakładką stronicę, gdzie jeszcze wzrok współgrał z umysłem.

Wstaję. Nici z czytania. Nie potrafię się skupić. Biorę pilot, włączam telewizor. Mamy ponad 500 kanałów, albo i więcej, jednak nie potrafię znaleźć czegoś, co rozbawi mnie, albo zasmuci. Wszystko jest nijakie. Oglądam, żeby oglądać. Widzę na dolnym pasku, że właśnie leci mój ulubiony serial, nie zatrzymuję, pozwalam, aby ekran był nadal czarny, abym nie widziała co leci. Czemu nie oglądam swojego ulubionego serialu? Nie wiem. Może już nie ulubiony, może nudzi, może przewidywalny. Może potrzebuję nowego. Nie potrafię niczego znaleźć. Wyłączam.

Wstaję. Siadam do laptopa. Otwieram wszystkie strony, które mam w zakładach. Przesuwam scroll, nie czytam, po prostu spoglądam na niektóre informacje. Nic nie ciekawi, nic nie bawi, nic nie smuci. Takie wielkie NIC.

I spoglądam za okno. Czyste niebo, piękne słońce, lekki wiatr.  Mogłabym zabrać psa na spacer, byłby wtedy najszczęśliwszym czworonogiem na świecie. Ale musiałabym ubrać coś innego jak domowe dresy z dziurą. Zastanawiam się chwilę i… obiecuję sobie i jemu, że następnym razem, kiedy najdzie mnie ochota, to na pewno z nim pójdę. I nie idę.

Potrafię tylko zamartwiać się. Myśleć o tym co będzie, jeżeli nie zdążę na czas oddać pracy, nie zdążę opracować zagadnień na egzamin, nie zdążę, nie zdążę, nie zdążę… przeżyć życia tak jak chcę.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.